|
środa, 09 listopada 2011
Zdrada filozofów, czyli za co żona powinna być wdzięczna Janowi Hartmanowi
Tytułem wyjaśnienia - poniższe napisałem rok temu, dokładniej: 5 listopada 2010 roku. Jakiś czas temu (dobry Boże — na początku lata! — a wydawało się, że ledwo wczoraj) usłyszałem rozmowę Grzegorza Kórkiewicza z Janem Hartmanem. Jan Hartman wyraził w niej zwątpienie w sens uprawiania filozofii, po szczegóły kierując do swojej najnowszej książki pt. "Polityka filozofii". Pokorny adept filozofii, ciągle liczący, że zrobi w tej dziedzinie doktorat i — kto wie? — może zdąży przed emeryturą uzyskać tytuł profesora, musiałem tę książkę przeczytać. Żona, która z coraz większym trudem znosi moje filozoficzne hobby, winna jest dozgodną wdzięczność Janowi Hartmanowi. Nie, "Polityka filozofii" nie przekonała mnie, że uprawianie filozofii jest stratą czasu. Co zatem spowodowała, że składam tytułowe oświadczenie? Jan Hartman uważa, że filozofia — ta prawdziwa, czyli profesjonalna, im bliższa metafizyki, tym prawdziwsza — sama strzeliła sobie w stopę, wdała się gangrena i teraz można tylko czekać na koniec. W rozdziale o dramatycznym tytule: "Filozofia umiera", pisze tak: Nie spodziewam się osobiście zobaczyć ostatnich promieni słońca filozofii. Mimo to myślę, że weszliśmy w okres schyłku filozofii jako pewnej swoistej, mniej czy bardziej spójnej wewnętrznie formy działalności intelektualnej, występującej pod nazwą filozofii właśnie. [...] Dzieje filozofii dobiegną końca nie w tym sensie, aby za sto lat nie zadawano już pytań w rodzaju "co to znaczy istnieć?", "co to znaczy, że zdanie jest prawdziwe?" albo "co sprawia, że czyn jest moralnie dobry?", lecz w tym sensie, że rozważanie podobnych kwestii na dobre utraci instytucjonalną formę "filozofii akademickiej". Już dziś przecież nie uważamy, że największej mądrości w najważniejszych kwestiach, jakie potrafimy wytoczyć, należy poszukiwać u profesorów filozofii. Nie udało im się utrzymać społecznego autorytetu. [...] Poważne potraktowanie jakiejkolwiek rozbudowanej teorii filozoficznej, zaproponowanej przez pojedyńczego autora, jako jego osobiste, indywidualne dokonanie, współcześnie jest czymś całkowicie niemożliwym. Nikogo to już nie obchodzi. Dorobku myślowego mamy bowiem nie za mało, lecz za dużo - znacznie więcej niż potrzebujemy. Zresztą doświadczenie intelektualne dwóch i pół tysiąca lat nauczyło nas, że głowa ludzka myśli w kółko te same dwie czy trzy setki myśli i od dawna nic się tu, z wyjątkiem doskonalącego się języka, nie zmienia. Gdy znasz te wszystkie myśli, nic cię już nie zaskoczy a mądrość (cudza lub własna) nie robi już na tobie wielkiego znaczenia. Taki jest efekt filozofii: jestem mądrzejszy, ale co z tego? Pomyślałem — a wystarczy raz dopuścić na poważnie taką myśl, by wszystkie mrzonki legły w gruzach — że Hartman chyba wie, co mówi, jest wszak profesorem filozofii; a to by znaczyło, że uzyskanie stopni i tytułów naukowych w filozofii nic adeptowi nie daje, wręcz przeciwnie — naraża na śmieszność i brak poważania u ludzi. Jeśli uwzględnić na dodatek, że owe "dwie lub trzy setki myśli" zapisane są w tomach zajmujących ładne kilkanaście metrów bibliotecznych półek, to może się okazać, że z powodów... hm, powiedzmy — biologicznych — nie jest możliwe, bym je poznał (Hartman, widać, zaczął nieco wcześniej). Krótko mówiąc, nawet zakładając, że przejdę ciernistą drogę do tytułu profesora filozofii, to: "będę mądrzejszy, ale co z tego?". Ano, nic z tego... Ale zaraz pomyślałem też rzecz inną (ach, ta obsesja oglądania spraw wciąż od nowej strony...). "Nic z tego" — przy założeniu, że filozofia ucieleśniła się w postaci Akademii i jej współczesnych wersji. "Nic z tego" — gdy zgodzić się, że gangreną filozofii jest jej uporczywe zajmowanie się sobą, jak twierdzi Hartman. Gdy przyjąć, że filozofia winna jest społeczeństwu "wiedzę publiczną, a nie tylko autognozję". I przy założeniu być może najistotniejszym: że "pragnienie wszechwiedzy jest jedyną racją bytu filozofa". Być użytecznym... Jeśli to miałoby być celem albo istotą filozofii, to rzeczywiście nie warto by było się nią zajmować. Po pierwsze dlatego, że — jak słusznie Hartman zauważa — jest wiele innych zajęć, które prowadzą do większej użyteczności dla ludzi. Po drugie zaś — bycie użytecznym dla innych nie musi być najlepszym sposobem na życie. Doświadczenie teoretyczne jest doświadczeniem wyzwolenia, nie tylko w sensie negatywnym — myśliciel jest wolny od lęku przed bogami — ale także pozytywnym: odkrywa on najlepszy sposób na życie. [...] Jest to jedyna rzecz, która z całą pewnością łączy ludzi pod względem duchowym: twierdzenia nauki pochodzą z wnętrza człowieka i są dla wszystkich ludzi jednakowe. [...] Każde inne rzekomo wspólne doświadczenie jest w najlepszym razie niejednoznaczne. [...] Filozofia nie jest doktryną, lecz sposobem na życie — to Allan Bloom ("Umysł zamknięty"). Myślę, że "pragnienie wszechwiedzy" jest abstrakcją; wystarczy porównać je z pytaniem: jak żyć, skoro mam umrzeć?
poniedziałek, 31 października 2011
Prawo do zwłok
... a ściślej biorąc — prawo do pochowania zwłok — jest precyzyjnie określone (ustawa o z dnia 31 stycznia 1959 roku o cmentarzach i chowaniu zmarłych, tekst jednolity Dz.U. z 2011 roku, Nr 118 Poz. 687). Konkubenci i homoseksualni partnerzy mogą zapomnieć o urządzaniu pogrzebu swego zmarłego partnera. Przesądza o tym art. 10 ust. 1 wspomnianej ustawy. W najgorszej sytuacji są jednak, jak sądzę, rodziny zmarłych "osób zasłużonych wobec Państwa i społeczeństwa" — prawo (ustawa) zastrzega tu prawo chowania zwłok dla "organów państwowych, instytucji i organizacji społecznych". Co ciekawsze; ustawa przenosi definicję, czym właściwie są zwłoki, na rozporządzenie Ministra Zdrowia (art. 20 ust. 3). Muszę odszukać to rozporządzenie — zapewne facscynująca lektura. Prawo potwierdza, że moje pragnienie, by po śmierci z urny z prochami, stojącej na kominku, przyglądać się poczynaniom żony, jest uznawane za wykroczenie... To znaczy: nie samo pragnienie, ale spełnienie mojej ostatniej woli przez żonę. Zwłoki, równie te spopielone, można "przechowywać" jedynie na cmentarzu. Jeśli połączyć tę ustawę z najnowszymi wymaganiami Kościoła Katolickiego, widać wyraźnie, że zwłoki to poważna sprawa, wbrew pozorom wcale nie prywatna, przeciwnie — wręcz polityczna. O czym warto pamiętać w Dzień Wszystkich Świętych...
poniedziałek, 24 października 2011
Unieśmiertelnienie
Zauważyłem, że ktoś wyszukał w Google tę stronę, wpisując tytułowe hasło. Niechybnie student filozofii — kto inny jeszcze dzisiaj myśli o sposobach przeniesienia czegoś poza grobową deskę? Nieśmiertelność nie jest już pragnieniem człowieka, mówiąc delikatnie — a mówiąc wprost, pożądanie nieśmiertelności dowodzi megalomanii i kalectwa umysłowego... Greckie słowo na oznaczenie "unieśmiertelniania" to άθανατίζειν. Jak mówi Arendt ("Między czasem minionym a przyszłym"), słowo to nie ma "pełnego odpowiednika w dzisiejszych językach. [...] Wskazuje ono raczej na czynność unieśmiertelniania aniżeli na przedmiot, który ma stać się nieśmiertelny". Ponoć w starożytnej łacinie istniał odpowiednik, słowo aeternare, ale już w średniowieczu przetłumaczono odpowiedni fragment "Etyki nikomachejskiej" (Arystotelesa) jako immortalem facere, "czynić nieśmiertelnym". To taki podręczny wypis z lektur, dla potrzebujących... Poczyniony przez Sokratejczyka, który o śmierć się otarłwszy, o άθανατίζειν rozmyśla...
niedziela, 27 marca 2011
Pójdź dziecię, do rejestru wpisać cię każę!
Dla naszych milusińskich - wszystko! Przed pedofilami zabezpieczyliśmy dzieciątka jako tako (zobacz poprzedni wpis), teraz będziemy pomagać w ogóle i w szczególe: każdemu dziecku pomożemy w "spersonalizowany" (jak mówią informatycy) sposób. Oczywistym jest, że ten szlachetny projekt rządu wymaga poparcia i wyposażenia władzy w stosowne instrumenty. Główny instrument ma się nazywać: "System Informacji Oświatowej". Wbrew nazwie, nie jest to pomysł na poprawę dostępu rodziców do informacji o ofercie oświatowej. Można rzec: wręcz przeciwnie. Jest to system, który ma umożliwić władzom zebranie informacji o uczniach i ich rodzicach. Sejm pracuje właśnie nad projektem ustawy, która System ma urzeczywistnić. Jak trafnie zauważa Konrad Budek, trzeba pamiętać, że prawo polskie każdemu człowiekowi poniżej 18 roku życia nadaje status ucznia. Dlatego jeżeli System zostanie stworzony, żaden młody człowiek nie uniknie odnotowania w nim — a wraz z dziećmi odnotowani zostaną także rodzice. Resztki włosów stają mi na głowie z przerażenia, gdy słyszę argumenty za wprowadzeniem Systemu: - A co, jeśli rodzice najpierw idą do poradni, a potem nie chcą się podzielić opinią psychologa z osobami zainteresowanymi pomocą dziecku, jak szkoła? - pytała Urszula Augustyn (PO). Cała ta sprawa stoi na głowie. To nie obywatele mają przekonywać rząd, dlaczego nie należy czegoś robić, ale to rząd musi wykazać obywatelom konieczność każdej proponowanej ustawy. Owszem, rząd ma konkretny argument — brak spersonalizowanej bazy uczniów kosztuje ponoć rząd kilkadziesiąt milionów złotych, przepłacanych przy refundacji wydatków gmin na oświatę na skutek błędów w obecnym, niespersonalizowanym systemie. Tylko w jaki sposób informacja o kłopotach pedagogicznych z Jasiem Kowalskim z IVb w SP w Górce Dolnej ma ograniczyć straty tych pieniędzy? Ale może informatyka czyni już cuda — postęp jest tak wielki, że człowiek może wszystkiego nie wiedzieć, nawet jeśli w edukacji osiągnął stopień ministra...
piątek, 12 listopada 2010
Była sobie demokracja
Ja nie jestem Sokratesem, tylko Sokratejczykiem, więc na początek dwa ostrzeżenia: 1. samo czytanie poniższego, bez względu na wiek czytającego, może się okazać przestępstwem, zagrożonym karą więzienia do lat dwu; 2. poniżej znajdują się drastyczne treści o charakterze seksualnym, więc jeśli nie masz osiemnastu lat, musisz opuścić tę stronę (dla pocieszenia mogę Ci polecić tekst o umieraniu). Demokracja była — ale się zmyła, jak to kiedyś mówiono. Fajnie było, człowiek się nacieszył — i starczy. Wracamy do normalności; po przydługiej nieco przerwie, nareszcie znowu władza powie nam, co jest dobre, a co złe, co możemy myśleć, a czego lepiej sobie nawet nie wyobrażać: na przykład "zachowań o charakterze pedofilskim". Przyznaję się bez bicia: przegapiłem moment, w którym rząd przeszedł od ogłoszania, że podziela oburzenie obywateli, do ścigania obywateli, którzy to oburzenie wywołują. A powinienem wiedzieć, że, zwłaszcza w demokracji, rząd podzielający słuszne oburzenie moralne obywateli staje się niebezpieczny. W demokracji bowiem obywatele czują się suwerenami, a znaczenie racjonalizmu w kształtowaniu polityki jest — delikatnie mówiąc — kwestionowane. Gdy coś istotnie, do głębi oburzy obywateli, żadna zasada ustrojowa nie oprze się ich presji. Jak to ktoś powiedział: "byłoby rzeczą oburzającą, gdyby większość obywateli nie mogła uchwalić prawa, jakie odpowiada jej przekonaniom moralnym". Cytat nie jest dokładny — trzeba było usunąć archaizmy: pochodzi sprzed dwu i pół tysiąca lat. Przypomnę: ostatnie wybory parlamentarne odbyły się 21 października 2007 roku. Minął rok i 24 października 2008 roku wprowadzono do Kodeksu Karnego przepis art. 202 paragaf 4b: "Kto produkuje, rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."; a po kolejnym roku, 5 listopada 2009 dodano artykuł 200b: "Kto publicznie propaguje lub pochwala zachowania o charakterze pedofilskim, Ciekawe jest porównanie drugiego z omawianych przepisów (art. 200b KK) z analogicznym, dotyczącym równie oburzających poglądów, mianowicie faszystowskich (art. 256 paragraf 1): "Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2." Co do faszyzmu, rasizmu i temu podobnych przekonań, ustawodawca uznał za przestępstwo jedynie "publiczne propagowanie", o "publicznym pochwalaniu" nic nie mówiąc. Widać uznał za wystarczający ogólny przepis artykułu 255 paragraf 3: "Kto publicznie pochwala popełnienie przestępstwa, podlega grzywnie do 180 stawek dziennych, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku." Jak widać, "pochwalanie zachowań pedofilskich" jest przestępstwem szczególnym. "Zachowania pedofilskie" nie są w kodeksie karnym przestępstwem, bo nie są zdefiniowane. Przestępstwa, również te "przeciw wolności seksualnej i obyczajności", prawo definiuje poprzez określenie zabronionych czynów. Nawet tak, wydawało by się, trudne do opisania czyny, jak przygotowania do "obcowania płciowego z małoletnim" poprzez kontakt internetowy (artykuł 200a, wprowadzony również 5 listopada 2009): "§ 1. Kto w celu popełnienia przestępstwa określonego w art. 197 § 3 pkt 2 lub art. 200, jak również produkowania lub utrwalania treści pornograficznych, za pośrednictwem systemu teleinformatycznego lub sieci telekomunikacyjnej nawiązuje Nie wystarczy sam kontakt internetowy z małoletnim, nawet polegający na składaniu propozycji seksualnych - żeby stał się przestępstwem, sprawca musi "zmierzać do spotkania z małoletnim" albo "zmierzać do realizacji propozycji obcowania płciowego". Czy prowadzenie rozmów telefonicznych lub internetowych z dziećmi poniżej 15 roku życia (kodeksowa definicja "małoletniego") na temat seksu, rzeczowe i dosadne - co ci się robi, gdy pocierasz sobie cipkę przez majteczki? ile razy w ciągu dnia możesz wystrzelić z kutasa? i takie tam, niewinne rozmówki — są "zachowaniami pedofilskimi"? Jeśli je za takie uznamy, to pamiętajmy, że prawodawca nasz kochany właśnie zwolnił je z kary. Bo kto takie rozmowy prowadzi — byle się z małoletnim rozmówcą nie spotykał, ani spotkania nie sugerował — rozmów takich ani nie propaguje, ani nie popiera; on je realizuje. Mamy więc sytuację taką: w dalszym ciągu można bezkarnie, przez telefon czy internet, prowadzić mocno — powiedzmy — intymne rozmowy z naszymi małoletnimi dziećmi, ale malarz, który namaluje seks z małoletnim, za sam ten czyn może iść do więzienia na dwa lata. Szanowną władzę uprzejmie proszę o uwzględnienie, że ja nic nie mówię przeciw naszej demokracji! W ogóle trudno jest mówić o czymś, czego nie ma.
niedziela, 31 października 2010
Dlaczego Sokrates uważa obawę przed śmiercią za niemądrą. Rozważania na Halloween.
Minęła pora mądrych dyskusji, czas umierać (fragmenty Platońskiego Fedona w tłumaczeniu Władysława Witwickiego): Już mu było pół ciała zastygło, kiedy odsłonił głowę, bo ją był zakrył, i powiada - a były to jego ostatnie słowa: Kritonie, myśmy winni koguta Asklepiosowi. Oddajcież go, a nie zapomnijcie! A teraz wyobraźmy sobie śmierć własną. To już nie Platoński opis śmierci Sokratesa. Nie żaden horror w telewizji i nie jakieś ćwiczena czy psychoterapia - właśnie umierasz. Odchodzisz. Nie wrócisz. Zaraz zniknął wszystkie obrazy. Przestaniesz słyszeć cokolwiek. Ktoś zapyta: - Nie żyje? - i to będzie o tobie, a ty nie usłyszysz odpowiedzi. Potem z twoim ciałem będą robić te wszystkie zwyczajowe rzeczy: może sekcję zwłok, szycie, mycie, ubieranie, pakowanie w trumnę, może palenie. Ale to dopiero potem, narazie jeszcze żyjesz. Zostały ci sekundy? Minuty? A może jednak godziny? Może nawet dni? Nawet jeśli nie nic ci nie dolega, nie masz raka, ani nie zderzyłeś się właśnie czołowo z rozpędzonym TIR-em - możesz - musisz! - mieć pewność, że umrzesz. Może Bóg będzie łaskaw i pozwoli ci umrzeć w nieświadomości; pozwoli ci nie zauważyć, że właśnie TO robisz. Ale zrobisz TO napewno. Czy można się śmierci obawiać? Obawiać to się można klasówki. Albo tego, że nas nie wpuszczą do klubu. Śmierć przeraża. Pewność, że umrzemy, powoduje strach tak wielki, że od niego samego możemy umrzeć. Na codzień wybieramy strategię niepamiętania. Nie chcemy pamiętać o pewności śmierci. Nie wierzymy w śmierć. Własną śmierć; co do śmierci innych, niedowierzanie faktom stawia nas w dwuznacznej sytuacji - osoby tracącej kontakt z rzeczywistością. Zamieniamy więc fakt śmierci innego człowieka na ustalanie przyczyn śmierci w każdym konkretnym wypadku. Umarł z powodu raka. Zginął w wypadku samochodowym. Sąd skazał go na śmierć. Wiara w życie wieczne ułatwia niewiarę we własną śmierć. Ludzie, zapewne ku swej własnej rozpaczy, nie są aż tak durni, żeby wiara w życie wieczne mogła skutecznie podważyć pewność śmierci. Dlatego życie wieczne musi być jakieś inne od doczesnego; nawet jeśli wierzyć w zmartwychwstanie ciał "wszystkich świętych", pozostaje okres do własnego zmartwychwstania, który trzeba gdzieś spędzić. Jak się można wyplątać z tego toksycznego związku ze śmiercią? Ponoć był taki jeden, Sokrates, który udowodnił, że to głupota - bać się śmierci. Sprawdźmy te rzekome dowody. ...obawiać się śmierci [...] to nic innego nie jest jak tylko mieć się za mądrego, choć się nim nie jest. Bo to znaczy myśleć, że się wie to, czego człowiek nie wie. Bo przecież o śmierci żaden człowiek nie wie, czy czasem nie jest dla nas największym ze wszystkich dobrem, a tak się jej ludzie boją, jakby dobrze wiedzieli, że jest największym złem. A czyż to nie jest głupota, i to ta najpaskudniejsza: myśleć, że się wie to, czego człowiek nie wie? Oryginalne sformułowanie tezy Sokratesa jest nieco inne, niż w temacie wypracowania. Sokrates nie mówi wprost, że obawa przed śmiercią jest czymś niemądrym. On tylko stwierdza, że obawiać się śmierci to utrzymywać, że się wie coś, czego wiedzieć niepodobna. Głupotą, esencją głupoty, jest: "myśleć, że się wie to, czego człowiek nie wie". Dlaczego obawa przed śmiercią miałaby być objawem takiej głupoty? Bo "żaden człowiek nie wie, czy czasem [śmierć] nie jest dla nas największym ze wszystkich dobrem". Gdybyśmy potrafili wykazać, przedstawić argumenty, że jednak śmierć nie jest - nie może być - dla nas dobrem - Sokrates widać zgodziłby się, że obawa przed śmiercią nie jest czymś głupim. A o argumenty tu chyba nietrudno? Jak choćby ten, że nasze życie jest wszystkim, co mamy - jeśli życie, które śmierć nam zabiera, nie jest czymś dobrym, to co w ogóle jest dobre? No tak, ale przecież trudno odmówić racji Sokratesowi, że o "życiu po życiu" ("o tym, co w Hadesie" - jak mówi Sokrates) nie wiemy zgoła nic. Nawet uwzględniając wszystkie doniesienia o światłach w tunelu - są to wszak relacje tych, którzy do końca tego tunelu nie doszli. Zatem nie możemy odrzucić z pełnym przekonaniem tezy, że TAM to dopiero życie jest dobre; a nasze obecne, może i całkiem niezłe, nawet się do TAMTEGO nie umywa. A jeżeli TAM, na końcu tunelu, nie ma nic, albo - jak mówią niektórzy - umierając przechodzimy do NICOŚCI? Wówczas wszak konkretne dobro, może nie największe, może i nie bez skazy - nasze życie - śmierć niweczy, zamienia w NICOŚC. Sokrates - jak zwykle - wykręca kota ogonem: "Otóż jednym z dwóch jest śmierć. Bo albo tam niejako nie ma nic i człowiek po śmierci nawet wrażeń żadnych nie odbiera od niczego, albo jest to, jak mówią, przeobrażenie jakieś i przeprowadzka duszy stąd na inne miejsce". Zarówno umknąć ziemskich znojów, zapadając w wieczną drzemkę bez snów, jak i wieść niekończące się dysputy z Wielkimi Poprzednikami w Hadesie, będzie rzeczą dobrą. W tym drugim wypadku są i dodatkowe korzyści: "za takie rzeczy tam na śmierć nie skazują. To pewne." Cóż, Sokrates nie miał zielonego pojęcia o NICOŚCI. Nie sądzę, żeby się spierał, czym właściwie NICOŚĆ jest, skoro jest tym, czego nie ma. Rzecz w tym, że "Obrona" nie jest dla Sokratesa dyskusją o śmierci, lecz o życiu właśnie. Jest obroną racji żywego (jeszcze) człowieka; racji, dla których żyje tak, jak żyje. Racji oskarżonych, iż są złe - a w rezultacie szkodliwe dla społeczeństwa. Sokrates mówi to wprost: Naszej obronie życia jako takiego przeciwstawia obronę życia sprawiedliwego (uczciwego, powiedzielibyśmy dzisiaj). Nie pyta, dla czegóż to można życie poświęcać, a dla czego nie wolno. Żyjesz, więc umrzesz; zatem jedyne uprawnione pytanie, to pytanie, jak żyć, żeby żyć uczciwie. No właśnie! Jak żyć, żeby żyć uczciwie? Na to pytanie Sokrates nie odpowiada. Ale można się domyślić, co by odpowiedział: Masz swój rozum, znajdziesz odpowiedź. Czego w to święto śmierci wszystkim życzę!
wtorek, 12 października 2010
Czy filozofia może być pociągająca?
Jeśli nawet, to przecież nie w takim sensie, jak kobieta! Chociaż... Młodzi miłośnicy mądrości znajdują w uprawianiu filozofii również jakiś rodzaj afrodyzjaku... Nieco bardziej serio: chyba potrzebna jest książka na temat, czym filozofia nie jest. Sama idea takiej książki jest z gruntu filozoficzna - powszechne mniemanie każe uznawać za wartościowe jedynie zdania stwierdzające. Za taką książkę w każdej szkole jej autor dostałby pałę. (Na marginesie: nawet ironia jest tępiona w szkolnych wypracowaniach). Jednocześnie mnożą się jak grzyby po deszczu najprzeróżniejsze propozycje uczynienia filozofii "nauka stosowaną". W końcu etyka jest częścią filozofii - zastosować ją zamiast religii. Logika (też część filzofii, gdyby się ktoś pytał) jest przecież z powodzeniem wykorzystywana w matematyce, fizyce i innych poważnych rzeczach. Będzie kłopot z metafizyką... Mam propozycję - zastąpić nią teologię! (Równie mętna...). Całkiem serio: więcej (niezamierzonego zresztą) pożytku mamy z filozofii wiecznie i wszystko negującej, niż z najlepiej uzasadnionych sądów twierdzących. Więc jak - może, czy nie może być pociągająca, ta filozofia?
czwartek, 07 października 2010
Dopiec dopalaczom
Media znalazły temat, który podnosi oglądalność/słuchalność/nakład w takim samym stopniu, jak relacje z frontu wojny krzyżowej na Krakowskim Przedmieściu — zacząłem pisać 3 października. Minęło parę dni, a sprawą zajął się rząd. Specjalny sztab zebrał się w nocy pod przewodnictwem premiera, żeby od rana oznajmiać dziennikarzom, że rząd będzie "zgodnie z prawem" prześladował handlujących dopalaczami. Media zbaraniały. Z jednej strony działania rządu ocierają się o zarzut antydemokratycznych metod, z drugiej opinia społeczna żąda ukarania handlarzy "środków kolekcjonerskich". Sprawdza się to, co pisał Bloom: gdy dotknąć spraw, na których nam zależy, przestajemy być racjonalni. A jedną z takich spraw są dzieci. Dziennikarze wywołują masowe emocje, na które wrażliwy na nastroje społeczeństwa rząd musi zareagować. Tak było (i jest) z pedofilią (kastrować!), tak teraz jest z dopalaczami. Inna sprawa, że od demokratycznego rządu trzeba wymagać reakcji stosowniejszych. Pani minister zdrowia szczyci się projektem prawa, które raz na jutro zablokuje legalny handel dopalaczami. Trafiła kulą w płot. Nie jest problemem, że dopalacze można (było) kupić w legalnie działających sklepach, lecz to, że sprzedawano je (legalnie) dzieciom. A idąc dalej — rzeczywisty problem w tym, że dzieciaki tak masowo ich używają. W tej ostatniej kwestii pani minister zdrowia nie zrobiła nic; nie tylko dlatego, że problem nie jest łatwy do rozwiązania, ale głównie dlatego, że nie rozwiązanie tego problemu jest jej celem.
środa, 04 sierpnia 2010
Okiem dinozaura
Nie rozumiem mediów. Pewnie jestem za stary, nie nadążam za zmianami. Już nie tylko Polska, ale i świat (prawie) cały żyje obroną krzyża — tak by wynikało z doniesień prasy. Czyżbym był ostatnim człowiekiem, który nie chce się obroną krzyża zajmować? Nie chce nawet minuty poświęcić sprawie? Więcej, uważa takie stanowisko za jedyne racjonalne? Nie mam żadnego wpływu na zaściankową umysłowość społeczeństwa, w którym żyję. Nie mam złudzeń: mogę — dyskutując — wpływać jedynie na poglądy jednostek, które dadzą się policzyć na palcach kilku dłoni. Z większością ludzi w Polsce dyskutować nie mam zamiaru — nie widzę w tym żadnego celu. Nawet w tak zwanych sprawach publicznych. Ponoć ten krzyż, który teraz jest największym wydarzeniem na świecie, stoi w "przestrzeni publicznej", czyli także mojej — z tego jakoby wynika, że muszę mieć co do niego jakiś pogląd. Jeżeli jakaś sprawa rzeczywiście dotyka interesów publicznych, to przede wszystkim zdanie na jej temat powinny mieć władze. Jakoś mi się nie chce wierzyć — przy naszych rozbuchanych przepisach — by mogła być jakaś sprawa publiczna, której nie reguluje prawo. W końcu ponoć po to płacę podatki, bym nie musiał łamać sobie głowy sprawami publicznymi; dość mi prywatnych problemów.
piątek, 09 lipca 2010
Mitologia w modzie
Gazeta Wyborcza opublikowała wyniki sondażu, przeprowadzonego przez OBOP na zlecenie Janusza Palikota: Wychodzi na to, że co dziesiąty dorosły Polak — czyli jakieś trzy miliony ludzi — potrzebuje spisku, by wyjaśnić sobie przyczynę tragedii, a ponad dziesięć milionów woli widzieć winę po stronie rosyjskiej (obsługiwali wszak lotnisko Rosjanie). Słów brak na komentarz.
|
Archiwum
Zakładki:
Ach, ten szablon! - jest prezentem od bre.
Ciekawe poglądy
Inni ludzie
J.M.Bocheński: "Podręcznik mądrości tego świata"
J.M.Bocheński: "Sens życia"
Józef M.Bocheński: "Sto zabobonów"
O edukacji
O liberaliźmie
Platon
To są kontakty, namiary, adresy
|