środa, 01 listopada 2017
Wolność, równość, demokracja! A gdzie rozum?
Według polskich publicystów (będę wdzięczny, bez ironii, za wskazanie wyjątku, a może nawet wyjątków) podstawowy problem Polski to osobowości liderów partyjnych, a w przypadku partii rządzącej — wręcz ich psychika. Co bardziej wnikliwi wskażą jeszcze niedostatki społeczeństwa obywatelskiego (czasem à rebours; przez przypisywanie nadmiernego znaczenia politycznego ostatnim antyrządowym demonstracjom, a zwłaszcza średniej wieku ich uczestników). To takie zniechęcające: wszystkie te spiskowe spekulacje (Magdalena Środa o wetach Dudy: sądzę, że to Kaczyński wymyślił scenariusz, który ostatnio tak wszystkich zaskoczył. Być może prezes zląkł się społecznych protestów, które bardzo wyraźnie eskalowały, i chciał, żeby to PiS je zakończył, a nie jakiś nowo powstały uliczny autorytet.), nowe stronnictwo "symetrystów", słowa nijak przystające do tego, co widzę i myślę. To zniechęcające... intelektualnie. Ale krótki komentarz młodego belgijskiego dziennikarza, Thomas'a Van de Putte, sprowokował mnie do powrotu na ten blog.
Duda prezentuje rządy prawa i rolę prokuratora generalnego nie jako podstawowe zasady demokracji, ale jako dobrą, polską tradycję konstytucyjną. Z jego perspektywy reforma nie wymagała weta, bo była zła co do zasady, ale dlatego, że była wbrew “polskiej tradycji konstytucyjnej” [...] Przykro mi, panie prezydencie Duda, jedzenie karpia w wieczór wigilijny jest tradycją, ale praworządność nią nie jest. Demokratyczne rządy wynikają z wyboru demokratycznych zasad [podkr. moje], a nie z tradycji. Praworządność zaś to kluczowa zasada demokracji, podstawa bardziej wolnego i lepiej prosperującego społeczeństwa. 
Bez takiej jasności myślenia nikt i nic nie uchroni demokracji liberalnej w Polsce przed tymi, którzy jej zasad nie wybierają. A jest ich całkiem sporo, miliony Polaków. Tymczasem opozycja się jednoczy, a w programie (?) ma również taki niecierpiący zwłoki postulat: Na spotkaniu przedstawiciele Nowoczesnej zadeklarowali, że złożą nowelizację ustawy o języku polskim, tak żeby praktyka stosowania języka wrażliwego na płeć (chodzi m.in. o żeńskie końcówki) została potwierdzona jako ustawowa norma. W jaki sposób realizacja tego postulatu ma wzmocnić demokrację w Polsce? Umocni równość, zapewne... 
[Zapis z 26 lipca 2917]
20:34, sokratejczyk , Polityka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 sierpnia 2017
"Dał nam przykład Buonaparte"

Odnalazłem "w papierach" zapis sprzed siedmiu lat (datowany 9 maja 2010 roku). Przytaczam z drobnymi poprawkami, chociaż — zabijcie — nie pamiętam wydarzeń, które mnie do tych zapisków skłoniły. Jednak dzisiaj powiedziałbym mniej (a raczej) więcej to samo.

"Zawsze mamy gdzieś w zanadrzu polską pamięć, że czterysta lat temu w trochę innym charakterze żołnierze polscy maszerowali po Placu Czerwonym" — wedle TVN (Fakty, 9 maja, godz. 19) Bronisław Komorowski miał w ten "chyba żartobliwy" sposób przypomnieć, że w XVII wieku Polacy zdobyli Kreml. Marszałek Bronisław Komorowski, reprezentant Państwa Polskiego w Moskwie na uroczystościach 65. rocznicy zakończenie II wojny światowej, palnął oczywistą gafę, przypominając Rosjanom, że to z powodu Polaków ustanowiono obecne święto narodowe Rosji; na pamiątkę kapitulacji polskiej załogi Kremla w dniu 7 listopada 1612 roku. Nie mniejszą gafę popełnili redaktorzy TVN. Polacy nigdy Kremla nie zdobyli, bo go nigdy nie zdobywali; akcja z 9 października 1610 miała prywatny charakter, polskie wojska wkroczyły na Kreml na prośbę bojarów rosyjskich, przynajmniej niektórych — w Rosji trwała wojna domowa, okres "wielkiej smuty".

Myślenie Polaków o historii jest... powiedzmy: specyficzne. Z jednej strony mamy Sienkiewicza i w ten nurt wpisuje się pan Bronisław Komorowski. Z drugiej zwyczajną ignorację, a raczej pogardę dla (nomen omen) faktów. Fakty są niemedialne, bo jest ich za dużo i nie sposób z nich wyciągnąć jednoznacznych, łatwych do zapamiętania, wniosków. Z trzeciej strony (a gdzie jest powiedziane, że ten medal ma tylko dwie strony?) nasze spojrzenie na historię dyktują wigilijne opowieści przy rodzinnym stole. Jak ta pana Jarosława Kaczyńskiego o dziadku uratowanym od śmierci przez rosyjskiego żołnierza.

Do historii rozumianej jako rejestr minionych myśli i czynów ludzi po prostu nie pasujemy. Przepraszam: to taka historia nie pasuje do Nas (koniecznie z dużej litery). Nie pasuje do Nas historia, która w żaden sposób nie chce nam poprawić samopoczucia, bo twierdzi, że my nie jesteśmy historią, tylko teraźniejszością, więc ona się z nami zadawać nie będzie. Nie pasuje Nam taka ograniczona historia, która nie chce rozdzielać racji i zasług, bo zajmują ją tylko fakty. Wydarzyło się czy nie? — a kogóż to obchodzi, ważne jest, co z tego wynikło, zwłaszcza dla nas, tych tu i teraz.

Te dwie gafy zbiegają się w jednym sposobie myślenia o historii. Jeśli to można jeszcze nazwać myśleniem. To jest ta sama mentalność, która kazałą panu Jarosławowi Kaczyńskiemu w orędziu do narodu rosyjskiego przywołać przykład dziadka, uratowanego od śmierci przez rosyjskiego żołnierza. Wigilijne opowieści przy rodzinnym stole. Dziadek mojej żony umiał sam się obronić przed rosyjskimi szabrownikami, a przy okazji uratować własny kożuch. Mój ojciec chrzestny uciekł z rosyjskiej niewoli i wrócił do Polski gdzieś pod koniec lat czterdziestych. Rodzinna wersja historii; ważna, bo ucząca spojrzenia na przeszłość przez detal, indywidualny los, poszczególne wydarzenia. A z drugiej strony: Sienkiewicz, mit Powstania Warszawskiego — poszukiwanie w historii uzasadnienia dla własnej wielkości. Tyle, że nikt nie wyjaśnia, w jaki sposób wydarzenia przeszłe, z udziałem przodków, miałyby cokolwiek znaczyć dla wypadków dzisiejszych i naszego w nich udziału.

15:27, sokratejczyk , Polityka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2017
ŚMIERĆ ZDRAJCOM OJCZYZNY!
W pewnym, nie tak znowu małym mieście, na drewnianym płocie budowlanym, ktoś dzisiaj wypisał tytułowe wezwanie. Czerwoną farbą w spray'u. W pierwszej chwili pomyślałem, że to hasło antyrządowe i że opozycja z totalnej i zjednoczonej staje się zbrojną. Jednak kiedy wracałem z roboty, hasła już nie było — zniknęło wraz z płotem — za to zauważyłem pozostały w pobliżu podpis: ONR; z krzyżem owiniętym kołem, jak Pan Bóg przykazał.
Po sutym obiedzie zasiadłem do lektury gazet, na modłę jak najbardziej nowoczesną, czyli na ekranie i trafiłem na wywiad z Bartłomiejem Sienkiewiczem. No; czy nie zdrajca?! — zobaczcie Państwo sami. Proponować odpuszczenie Andrzejowi Dudzie udziału w dewastacji Trybunału Konstytucyjnego, bo to warunek zawarcia jakiegoś porozumienia politycznego ratującego Polskę?! Odpuszczać zasady; podstawowe, fundamentalne — można śmiało rzec — reguły demokracji — w imię pragmatyzmu? W imię porozumienia — i to z kim?! Z tymi 40% (dzisiejszy sondaż IPSOS dla OKO.press) społeczeństwa, które oddając rozsądek we władzę emocji (Za PiS-em stoi pewna emocja społeczna, która nie zniknie, nawet jeśli PiS przegra lub się rozpadnie — mówi Sienkiewicz), trwa murem za Kaczyńskim? Więc może nie tak mi daleko do stanu moralnego oburzenia ONR'owców? Powód może inny, ale ideowe wzdęcie jakby to samo...
Bartłomiej Sienkiewicz podsumowuje tak: Konflikt III RP i IV RP prowadzi do pułapki, w której projekt Jarosława Kaczyńskiego jest ostatecznie nierealizowalny i przynosi ogromne koszty, a jednocześnie to, co do tej pory było, jest nie do utrzymania. [...] Musimy ułożyć Polskę na nowo, w nowej konstytuancie, tak żeby pogodzić to co dzisiaj się wydaje nie do pogodzenia. [...] Musimy na nowo ułożyć ramy państwa, bo ani stary projekt, ani nowy absolutnie są nie do zaakceptowania przez wyraźną większość. Zaczynamy być zakładnikami marginesów. Najgorszą ich cechą jest maksymalizm moralny w polityce i brak dialogu, co prowadzi do cichego, a z czasem coraz głośniejszego nawoływania do eksterminacji innych Polaków. Skąd wiedział o pojawieniu się tytułowego hasła?

23:53, sokratejczyk , Polityka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 września 2016
O posiadaniu racji
Jak to jest: chodzi o to, żeby mieć rację, czy też o to, jaka jest racja? Chyba każdy z nas rację posiada, skoro ma poglądy, a wyznawanie poglądów nieprawdziwych wygląda na sprzeczność. Mieć pogląd, to uznawać pewne zdanie za prawdziwe. Uznawać wewnętrznie, na własny użytek, w duchu lub — jeśli kto woli — we własnej głowie. Wystarczyło by zatem mieć pogląd, żeby mieć też rację?

No dobrze, ale utożsamiamy tu rację z prawdą. Z drugiej strony: czyż nie tak postępujemy na co dzień? Mówimy "masz rację" chcąc potwierdzić prawdziwość wyrażonego przez rozmówcę zdania. Jest jednak i takie użycie, w którym "racja" oznacza przesłankę rozumowania: gdy dopytujemy o "racje stojące za tym czy owym" lub gdy "wyważamy racje" przed podjęciem decyzji. 
Nie interesuje nas ktoś, kto nie potrafi sformułować opinii końcowych, kto ma skłonność do podejmowania dyskursu z samym sobą — mówi Małgorzata Krassowska w wywiadzie dla "Polityki" (15/2013) [Tak, to nie pomyłka: temat pojawił się dwa lata temu]. Profesor Krassowska jest psychologiem (pardon: psycholożką), tłumaczy konieczność posiadania racji "elementarną potrzebą psychologiczną": ludzie muszą wiedzieć i rozumieć rzeczywistość, mieć poczucie, że nad nią intelektualnie panują. W tym ujęciu powszechna tendencja do "posiadania racji" staje się lepiej zrozumiała; człowiek, który wystawia swoje racje na hazard wątpliwości przestaje panować nad rzeczywistością, a już nad swoim życiem co najmniej. 
A świat domaga się od nas nowych racji w coraz większym tempie. Kryzys ekonomiczny, którego nie rozumieją nawet nobliści, wojna kilkaset kilometrów od naszych granic, strzelaniny i bomby w centrach europejskich miast. Jeśli potrafisz zignorować światową politykę, pozostaną ci zawsze doniesienia o śmiercionośnych szczepionkach, przebieranie chłopców w sukienki, za sprawką gender praktykowane już w przedszkolach, albo kwilenie zarodków zamrażanych w próbówkach. 
Nie, nie mamy do czynienia z nową sytuacją. Potrzeba posiadania racji jest stara jak świat. I towarzysząca tej potrzebie nieufność w stosunku do wątpiących w racje. Nawet jeśli taki typ tłumaczy, że wątpi wyłącznie w swoje własne racje, to samo jego istnienie stanowi zagrożenie dla normalnych ludzi. Wie, że nic nie wie - i jakoś żyje?! Kręci, ewidentnie kręci — w najlepszym wypadku bezczelnie kwestionuje nasze potrzeby albo usiłuje żyć naszym kosztem: my musimy wiedzieć, a on nie?!
Nie należy wyciągać pochopnych wniosków ze wspólnego źródłosłowu "racji" i "racjonalności". Racja jest własnością człowieka — prawdziwość jest cechą zdania. Pojęcie prawdy udało się nam zresztą zohydzić szerzej publiczności, przez utrwalenie takich tchnących arogancją i słowną przemocą konotacji, jak "prawda absolutna" czy "prawda obiektywna". 
Ale poważniej: jakiś minimalny zestaw racji trzeba w życiu mieć, żeby przynajmniej część decyzji podejmować automatycznie. Problem zaczyna się wtedy, gdy potrzeba posiadania racji staje się tak ważna, że aż istotniejsza od kwestii, jaka ta racja jest. Jesteśmy wtedy zdolni przyjąć jako rację dowolny zestaw poglądów, byle zapanować nad jakimś nowym, niepojętym kawałkiem rzeczywistości. I zaczynamy uważać, że poszukiwanie prawdy w danej sprawie jest co najmniej zbędne.

Antystenes, pytany jaką korzyść odniósł z filozofii, powiedział: Tę, że mogę sam z sobą rozmawiać (Diogenes Laertios, "Żywoty i poglądy słynnych filozofów"). Co wszystkim polecam.

20:21, sokratejczyk , Filozofia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 maja 2016
Tezy białostockie
Profesor Tomasz R. Aleksandrowicz opublikował dziesięć tez do dyskusji nad modelem dobrej, efektywnej edukacji wyższej. Do dyskusji o uniwersytecie nie trzeba mnie dwa razy zapraszać:
Po pierwsze. Alternatywa "uniwersytet czy wyższa szkoła zawodowa" wydaje się być nie tyle fałszywa, ile zapomniana przez nieomal wszystkich: studentów i ich rodziców, polityków i urzędników, a również — niestety — przez część środowiska naukowego. Uniwersytet jest miejscem zdobywania wiedzy, a nie zawodu — kto dziś pamięta o tym rozróżnieniu? Wszak w powszechnej opinii uniwersytet, przekazując wiedzę, przygotowuje do zawodu, a szkoła wyższa tym się od uniwersytetu różni, że przygotowując do zawodu — uczy wiedzy. W obu wypadkach: uczelnia wyższa nie jest żadnym "miejscem zdobywania" (wiedzy lub zawodu), gdyż zdobywanie zakłada dość aktywną rolę zdobywającego, a któż miałby nim być? Czyżby student?!
Po drugie. Bez szkoły średniej na przyzwoitym poziomie nie będzie studiów wyższych na przyzwoitym poziomie. A bez gimnazjum na przyzwoitym poziomie nie będzie szkoły średniej na przyzwoitym poziomie, itd. Pozwalam sobie na uzupełnienie tej tezy: na poziom wyższej edukacji wpływ ma poziom całego systemu oświaty.
I anegdota: Moja córka (rocznik 1997), w czwartej bodajże klasie (oficjalnie — oddziale) szkoły podstawowej, uczyła się na pamięć nazw związków chemicznych, z których zbudowane są różne przedmioty codziennego użytku (foliowe torebki śniadaniowe, plastikowe pojemniki, butelki itd.), oraz okresów korodowania tych związków w środowisku atmosferycznym i w środowisku wody morskiej, wszystko po to, by wzbudzić w sobie wrażliwość na potrzebę ochrony przyrody.
Po trzecie. W szkole wyższej panuje dyktatura dydaktyki. Ale któż dzisiaj będzie miał odwagę powiedzieć, że to nie uniwersytet jest dla studentów, lecz studenci dla uniwersytetu? Że uniwersytet jest zgromadzeniem (i owszem — czymś podobnym do religijnego zgromadzenia zakonnego) naukowców (ludzi zajętych rozwijaniem nauki), a studenci są na uniwersytecie tolerowani o tyle, o ile pretendują do zdobycia wiedzy i do podjęcia pracy badawczej?
Po czwarte. Uniwersytet to takie miejsce, w którym uczniowie oceniają mistrzów. Nie rozumiem, wyczuwam ironię. To przecież dość oczywiste i dobrze znane badanie satysfakcji klienta!
Gdy czytam, czym zajmują się polscy naukowcy — o tych sylabusach, grantach, rozliczeniach finansowych, punktach, listach referencyjnych itp. — zastanawiam się, dlaczego nic nie słychać o strajkach pracowników wyższych uczelni? I myślę, że dobrze zrobiłem przed ćwierć wiekiem, rejterując z instytutu PAN-owskiego do prywatnego biznesu — a wymagano ode mnie tylko podpisywania (najpóźniej do godziny siódmej minut piętnaście) "listy obecności na stanowisku pracy", a raz do roku — złożenia "sprawozdania z postępów w pracy naukowej"!
Po piąte. Problem ze ścieżką kariery naukowej jest, jak sądzę, poważniejszy niż ten wskazywany przez Pana Profesora. Co do licencjatu — szabel nie będę kruszył, niech sobie będzie państwowym stopniem czy tytułem, nawet naukowym, co mi tam! Magisterium to przepustka do świata nauki. Doktorat to prawo stałego pobytu w świecie nauki. I profesura – finis coronat opus. No właśnie: magisterium, doktorat - to są dokumenty legalizujące pobyt w świecie nauki. I jako takie powinny być wydawane przez świat nauki, wedle kryteriów świata nauki. Co znaczy dyplom magistra poza światem nauki? Wydawałoby się, że nic — gdyby trzymać się ścisłego sensu pojęć. Ale się nie trzymamy: państwo ludowe (to chyba ścisły sens pojęcia państwa demokratycznego?) potrzebuje różnych mierników, wskaźników poziomu, pojęć powszechnie zrozumiałych i szanowanych (no bo jak się odezwać do pani w aptece?). Najpierw pochyliło się (państwo się pochyliło!) nisko przed światem nauki i obiecało, że pomoże: wykorzystać potencjał. Stworzyło System Magister (fakt, że było to jeszcze państwo Prawdziwie ludowe, nie ma tu chyba większego znaczenia). W Systemie tym — informatycznym, a jakże; informatyka nie zaczęła się wraz z powstaniem Facebook'a, tylko trochę wcześniej — państwo odnotowywało każdy dyplom magistra wydany przez świat nauki, wraz z kartoteką osobową magistranta. Państwo pomagało nauce, bo zapobiegało marnowaniu (się?) wykształconych kadr; teraz już żaden magister nie mógł się zapodziać nie wiadomo gdzie, tylko był przypisany (nie do roli, tylko do Systemu). Na marginesie: System Magister to dzisiaj znany wszystkim system PESEL; państwo widać uznało, że każdy obywatel zasługuje, jako potencjalny magister, na ochronę przed zawieruszeniem się.
Następnie państwo, które straciło z nazwy przydomek "Prawdziwie", pozostając ludowe, ale i chyba niepewne swego statusu po tej stracie, rzuciło się jeszcze skuteczniej pomagać nauce. No bo weźmy taki problem, który na pewno dręczy naukowców: skąd wiadomo, że koledzy z jakiegoś innego uniwersytetu wydają paszporty do świata nauki, stosując te same kryteria, co my? Państwo zatroszczyło się o ten naukowy kłopot i powołało Centralną Komisję (sic!), która pełni funkcje centralnego organu administracji państwowej i czuwa, by żaden "nieuprawniony" wydział uniwersytetu nie wydał nikomu paszportu doktora lub doktora habilitowanego, uprawniającego do stałego pobytu w świecie nauki (polecam lekturę ustawy z dnia 14 marca 2003 r. o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz stopniach i tytule w zakresie sztuki). 
Twórczym rozwinięciem państwowej troski o porównywalność dyplomów na poziomie krajowym jest tzw. system boloński; teraz już każdy magister z dyplomem uzyskanym w Polsce może mieć pewność, że jest tak samo ważnym magistrem, jak magister po każdej innej, europejskiej uczelni wyższej. Koniec polskiego kompleksu niższości!
Żarty żartami, ale pora pogodzić się z zawłaszczeniem systemu stopni naukowych przez biurokrację państwową. I z tym, że ocena naukowego potencjału kandydata na uniwersyteckie stanowisko wymagać będzie nieformalnych pytań o nazwę wydziału, który mu stopień nadał, a i o promotora pracy doktorskiej zapytać nie zawadzi...
Po szóste. Od chwili, gdy sponsorzy "badań naukowych i tzw. życia naukowego" zaczęli pytać (i uzyskiwać odpowiedzi!), jakie uzyskają korzyści ze swoich darowizn, sprawa jest przegrana. 

P.S. z 16 maja 2016 roku.
Powyższe napisałem dwa lata temu. Ależ fajne mieliśmy problemy! Dla pokrzepienia ducha pozwalam sobie ten niedokończony tekst opublikować. A może także dla swoiście pojmowanej higieny; za bardzo ulegamy wrażeniu, że dzisiejsza polityka wyznacza nam rytm życia. Są sprawy ciekawsze i ważniejsze od tego, jakimi słowy raczył dziś przemówić Ten, Którego Imienia się Nie Wymawia (w dobrym towarzystwie), ale Który Oby Żył Wiecznie.
22:48, sokratejczyk , Szkoła
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2015
Pierwsze: nie daj roić wyobraźni.
Nie tylko chrześcijanie mają dekalog, czyli zbiór zwięzłych reguł dobrego życia. Odpowiednik stoicki powinien się chyba nazywać septemlog (septem — łac. siedem). Dzisiaj pierwsze przykazanie: nie daj roić wyobraźni
Znacie to? W samym środku miasta psuje się samochód. Alarm wyje, nie sposób uruchomić silnika. Cudem znajdujecie wolne miejsce na parkingu i, dobywając resztki sił, wpychacie nań auto. Za kilkanaście minut powinniście zacząć pracę, a szef już od jakiegoś czasu przygląda się wam uważnie, bo dostał polecenie "optymalizacji kosztów". Ale nie możecie porzucić auta do popołudnia, bo następnego dnia żona jedzie nim służbowo w teren. Nawet jeśli uda się wam naprawić samochód do końca dnia, żona i tak będzie wściekła, bo naprawa będzie kosztowała Bóg wie ile, a pieniędzy mało. Oto "rojenie wyobraźni": już widzicie siebie z kartonikiem, wychodzącego z biura po raz ostatni; już szykujecie riposty do kłótni z żoną, już kombinujecie, skąd wziąć pieniądze na naprawę samochodu, już rozpaczacie, skąd tu wytrzasnąć niedrogi warsztat. 
Wszystko, o czym myślę nad wyjącym samochodem, wszystko co czuję, dotyczy przeszłości lub przyszłości. Niechęć szefa do mnie (przeszłość), brak pieniędzy (przeszłość — i przyszłość jednocześnie), kłótnia z żoną (przyszłość), niedobre doświadczenia z mechanikami samochodowymi (przeszłość).
Wyobraźnia ma zasadniczy kłopot z teraźniejszością — nie znajduje w teraźniejszości nic dla siebie. Każdy żyje tylko tą oto teraźniejszością, chwilką. Wszystko zaś inne alboś przeżył, albo niepewne. [III, 10] Do przeszłości można mieć żal, ale nawet miłe wspomnienia świecą tylko odbitą radością; wobec przyszłości można żywić nadzieję lub strach, nadzieję zawsze ułomną niepewnością, a strach nie do rozwiania, bo pozbawiony konkretnego źródła. Teraźniejszość po prostu jest; nie sposób sobie niczego o niej wyobrażać, skoro ma się ją przed oczami.
Co jest zatem teraźniejszością? Wyjący w środku miasta samochód. Każdej chwili usilnie dbaj o to, [...] byś to, co masz pod ręką, załatwił z pełną, a nieudaną godnością [...] i byś zapewnił sobie niezależność od wszelkich innych myśli. [II, 5] Do mnie należy — i tylko to mam do zrobienia: a. wyłączyć alarm, b. spowodować, by samochód nadawał się do jazdy. Jasne, mogę to zrobić pełen frustracji (patrz wyżej), albo bez żadnych myśli o przeszłości i przyszłości, skupiony na zadaniu chwili. Dla zmiany stanu rzeczy, czyli ewentualnej naprawy samochodu, moje myśli i emocje nie mają żadnego znaczenia. 
P.S. napisane 24 września 2014 roku, kawał czasu... 

19:51, sokratejczyk , Septemlog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 sierpnia 2014
Jak zlikwidować filozofię?
Media pełne były ostatnio doniesień o podejmowanych tu i ówdzie próbach "zlikwidowania filozofii". Zaczęło się od decyzji jednej z rad wydziału Uniwersytetu w Białymstoku, by nie podejmować naboru studentów na kierunek filozofia. Na Facebook'u widziałem nie tylko fanpage protestujących przeciw tej decyzji, ale również zwolenników tej decyzji (ten ostatni szybko zniknął — ciekawe dlaczego?). Ostatnio, w związku z szalejącą zarazą likwidowania już nie tylko filozofii, ale wszelkich nauk humanistycznych, powstał Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej
Słuszne zdaje się być stanowisko redukcjonistyczne, które głosi, że protesty przeciw "likwidowaniu filozofii" (tudzież humanistyki jako takiej) są w istocie protestami przeciw likwidowaniu etatów akademickich filozofów (humanistów). Kto jak kto, ale filozofowie powinni wiedzieć, że zlikwidować filozofii się nie da. Nie tylko dlatego, że nie sposób zniszczyć wszystkie książki filozoficzne, zalegające na zakurzonych półkach bibliotek. Również dlatego, że potrzeba filozofowania, uprawiania filozofii, jest równie silna u ludzi, jak ich potrzeby religijne. Tyle tylko, że filozofowanie występuje u nielicznych, a religijność właściwie u wszystkich.
Zagrożeni "likwidacją" (w języku polskim to słowo najwyraźniej przestało mieć konotacje około wojenne) filozofowie (humaniści) podnoszą argument swojej "użyteczności". "Polityka" (nr 10/2014) przywołuje nawet badania profesora Ryszarda Cichockiego z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, z których ma wynikać, że studiowanie filozofii daje największe gwarancje uzyskania pracy. Oprócz tak rozumianej użyteczności, mówi się też niejasno o wzroście zdolności "krytycznego myślenia" i "kreatywności" u ludzi, którzy studiują filozofię. Co bardziej radykalni przedstawiciele "likwidowanych" zaczynają nieśmiało przebąkiwać, że w trosce o właściwy poziom "krytycznego myślenia" tudzież "kreatywności" naszej kochanej młodzieży, powinniśmy wprowadzić obowiązek nauczania filozofii w szkołach średnich.
Co do przydatności studiów filozoficznych dla wzrostu szans na "rynku pracy" (na marginesie: to jeden z tych eufemizmów, którymi staramy się zaczarować świat — wszak chodzi w istocie o "rynek pracowników najemnych", pojęcie dość bliskie "rynkowi niewolników") myślę, że wszystko zależy od sytuacji na rynku (tym razem tym "prawdziwym" — ekonomicznym), zupełnie tak samo, jak z innymi studiami. Rynek jest bowiem kapryśny i nieprzewidywalny (a co najmniej wiara w prognozy ekonomiczne jest dużo słabsza, niż przed 2008 rokiem), a politycy niezdolni do przeciwstawienia się rynkowi. Nawet jeśli dzisiaj przedsiębiorstwa mówią, że cenią sobie krytycznie myślących i kreatywnych pracowników, i jeśli nawet mówią prawdę, to wcale nie oznacza, że gdy jutro zmieni się "koniunktura rynkowa" (jeszcze jeden eufemizm, łagodzący społeczne nastroje), nie zaczną sobie cenić ludzi potakujących szefowi i bez dyskusji wykonujących polecenia. W najlepszym wypadku krytyczne myślenie i kreatywność to dla instytucji gospodarczych tylko narzędzia, tak się składa, że dzisiaj potrzebne.
P.S. Pisane w marcu 2014
15:19, sokratejczyk
Link Dodaj komentarz »
Racja Chazana
Z jakąż to sytuacją prawną mamy do czynienia, gdy kobieta w ciąży przychodzi do lekarza? Sytuacja to raczej, mówiąc eufemistycznie, niesymetryczna — lekarz bowiem wyposażony jest w instrument prawny zwany sumieniem, kobieta natomiast rzeczonego sumienia nie posiada. 
Może się wydawać owej kobiecie, że w pewnych sytuacjach ma prawo do legalnej aborcji. Nie ma prawa — prostuje Bogdan Chazan. Jak to?zdumiewa się Joanna Podgórska. Powtarzam, prawo jest takie, że lekarz, który przeanalizuje jej sytuację i dokona zabiegu, nie będzie za to ukarany — tłumaczy cierpliwie Chazan. Cóż, tzw. profesor Bogdan Chazan ma rację. W polskim systemie prawnym nie ma przepisu, który by komukolwiek dawał prawo wykonania aborcji; w niektórych przypadkach państwo polskie odstępuje jedynie od karania zabójców życia poczętego. To stwierdzenie poparte zostało ważkim państwowym autorytetem — głosem wiceministra sprawiedliwości, brata Michała Królikowskiego.
Wielu moich przyjaciół jest oburzonych nasilającymi się próbami katolików narzucenia wszystkim własnych poglądów w sprawach statusu zarodka, dopuszczalności aborcji, metod in vitro etc. Moi przyjaciele burzą się, jak sądzę, gdyż roszczenia katolików do propagowania swoich przekonań obrażają ich racjonalne myślenie (niestety, kodeks karny nie przewiduje kary za obrazę zdrowego rozsądku). Mam złą wiadomość dla swoich przyjaciół: dowiedziono, że wasze oburzenie bierze się z "nieoczyszczonego" racjonalizmu, zideologizowanego i stronniczego. Dowód przeprowadził tenże brat (mam nadzieję, że poprawnie tytułuję oblata benedyktynów) Michał Królikowski: Argumenty religijne służą oczyszczaniu racjonalności i odkrywaniu obiektywnych zasad moralnych. Pełnią funkcję korekcyjną, chroniąc rozum przed wypaczeniami, do których dochodzi, gdy jest on manipulowany przez ideologię lub używany stronniczo, z lekceważeniem pełni godności osoby ludzkiejnapisał w "Rzeczpospolitej".
Nie oburzam się, gdy ktoś usiłuje mi wmówić dziecko w brzuch, przeciwnie: śmieszy mnie bufonada, przez niektórych zwana fundamentalizmem, stojąca za takim uroszczeniem. Nie wydaje się, by nawet najzdolniejszy sofista mógł mi cokolwiek wmówić. To jest logicznie niewykonalne — każdy pogląd muszę subiektywnie uznać, suwerenną decyzją włączyć do swojego światopoglądu. Ale mam świadomość, że mało kto zapyta brata Królikowskiego, na jakie przedmioty chce wskazać, mówiąc o "zasadach moralnych"? Bo jako człowiek wykształcony (w co nie wątpię) odróżnia zapewne wartości od wartościowania, a zdania oznajmujące od zdań normatywnych. Przywołując "obiektywne zasady moralne" urzeczowia Królikowski wartościowania, co jest błędem logicznym. A z bezsensem (z bełkotem, jak by powiedział pewien ojciec — konkurencyjnego chyba? — zakonu dominikanów) dyskutować nie sposób.
P.S. Pisane czerwiec &#151 lipiec 2014.
15:16, sokratejczyk , Polityka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 lipca 2014
Nieuki
Mamy ich, oj mamy: blisko 86 tysięcy! Tylu młodych ludzi nie zdało matury w maju tego roku. 29% zdających. Powiedzmy: co trzeci zdający, a zabrzmi groźniej. Dlaczego aż tylu? Bo cały rocznik za mało się uczył, i to od dawna — wyjaśnia Pani Minister.
W gruncie rzeczy Pani Minister ma rację. Jaka by szkoła nie była, czego by nie uczyła, jakich nauczycieli by nie zatrudniała — to, co uczeń umie, zawdzięcza jedynie sobie. Wiedza to stan umysłu. Właściwe pytanie do Pani Minister brzmi: po co jest szkoła? Czyż nie po to, żeby pomagać i ułatwiać młodym uczenie się? Tymczasem, jak trafnie zauważył idk2612; żeby zdać maturę, trzeba olać lekcje w szkolę i postawić na naukę we własnym zakresie. Więc po co jest szkoła, jeśli nauczyć się czegoś można obok niej, lub wręcz przeciw niej? Pal sześć publiczne pieniądze, bardziej boli strata nie do odrobienia: strata czasu, spędzanego w szkole.
13:57, sokratejczyk
Link Dodaj komentarz »
Who? What? When? Where? Why?
Myślałem, że oszczędzę Państwu tych rozważań, ale nie zdzierżę w to niedzielne przedpołudnie. Bardzo boleję, ale ulegam emocjom, rozpalanym przez media. "Wprost" zapowiedział publikację kolejnych podsłuchanych rozmów polityków. Dawaj, dziennikarze i politycy! Naród czeka na wasze opinie! I sam ma własne, tudzież internet jako mównicę. Czy polityka to rzeczywiście gra opinii? Walka, czy "zalajkują", czy też, nie daj Boże, "zhejtują"?  
Dziennikarz — polecam Bocheńskiego — to ktoś, kto zbiera i publikuje informacje. Czyli przygotowuje odpowiedzi na góra pięć pytań: kto? co? kiedy? gdzie? dlaczego? Gdy już przygotuje materiał, albo lepiej — w trakcie przygotowywania: wszak może się okazać, że traci czas — musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy informacja jest ważna dla społeczeństwa. Sens pracy dziennikarskiej to informowanie społeczeństwa o ważnych (dla społeczeństwa!) sprawach. W gruncie rzeczy — nudna, chciałoby się powiedzieć: analityczna robota. I stresująca, bo dziennikarz cały czas pisze o rzeczach, o których ma mgliste (siłą rzeczy: dziedzin ważnych dla społeczeństwa jest bez liku) pojęcie, narażony na błędy z powodu niewiedzy. Nie ma się co dziwić, że dziennikarze się zbuntowali i zamiast informować o faktach, wolą epatować publiczność tym, co o tych faktach myślą.
Przyznaję; ostatnie pytanie: dlaczego?, w odniesieniu do zachowań ludzi, otwiera dziennikarzom furtkę do łatwizny. Jest bowiem pytaniem o motywy takiego czy innego działania, a z tych prawdziwe zna jedynie sam działający. Potrzeba nieosiągalnej dzisiaj pokory, żeby na konferencji prasowej ograniczyć się do skonfrontowania, co Donald Tusk ma do powiedzenia na temat swoich działań wobec Bartłomieja Sienkiewicza czy czynności dochodzeniowych prokuratury — z faktami, na przykład dotyczącymi procedur postępowania karnego. Ale łatwiej uznać się za felietonistę (pardon: publicystę), niż przed konferencją poznać te fakty.
(Napisane 22 czerwca, w niedzielę).

13:18, sokratejczyk
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
Ach, ten szablon! - jest prezentem od bre.
Ciekawe poglądy
Inni ludzie
J.M.Bocheński: "Podręcznik mądrości tego świata"
J.M.Bocheński: "Sens życia"
Józef M.Bocheński: "Sto zabobonów"
Kontakty, namiary, adresy
O edukacji
O liberaliźmie
Platon